Pierwsza edycja Katolickiej Szkoły pod Żaglami

Statystyki.

86 kandydatów

Ponad 6000 godzin wolontariatu

30 dni rejsu

2748 mil morskich

5 odwiedzonych miast

Ogrom niezapomnianych wrażeń

Trasa rejsu

Galeria

Wspomnienia

Wspomnienie Pawła - Morska Przygoda

Projekt "Katolickiej Szkoły pod żaglami" został zrealizowany w tym roku w czerwcu. Jakkolwiek nielogicznie to brzmi, pakowaliśmy się do autokaru, aby popłynąć w rejs dookoła Europy. Brzmiało to dosyć wyniośle i sam nie wiedziałem, co o takiej wyprawie sądzić. Naszym żaglowcem była legenda polskiej żeglugi, słynna "Pogoria" mierząca 47 metrów długości, 32 metry wysokości masztu i powierzchni ożaglowania 1000 metrów kwadratowych. Takie informacje niedużo wnosiły do mojej wizji tego statku. Musiałem go poznać osobiście.
Radośni i niecierpliwi ruszyliśmy w stronę południowej Francji do Nicei. Podróż była chwilami męcząca, postojów niewiele, ale humor nam dopisywał, więc minęła szybko , jak z bicza strzelił. W tym sympatycznym mieście dominują stare kamienne budowle i kamienice, a na samym końcu leży port, a w nim stoją przeróżne jachty i żaglówki. Zdawać by się mogło, że strażnikami kei zostały dwa najpotężniejsze żaglowce. Pierwszy był mniejszy i bardziej nowoczesny. Ten drugi przeraził mnie. Najeżony linami wyglądał jak kłębek nici pozostawiony w totalnym nieładzie o niemożliwym do pojęcia zastosowaniu. Tym dla mnie była "Pogoria". Rozpakowaliśmy bagaże i poznaliśmy stałą załogę okrętu- w tym bosman, kucharz, mechanik i kapitan oczywiście. Poczułem ulgę, że dbają o nas tak profesjonalni żeglarze. Po posiłku rozpoczęło się szkolenie załogantów oraz podział na wachty. Dowiedziałem się w końcu, co to znaczy być starszym wachty-podoficerem. Zgrabnie unikano tego drugiego określenia, "żebym nie obrósł w pióra", jak to bosman powiedział. Musiałem więc rozdzielać obowiązki mojemu 11-osobowemu zespołowi, znać te wszystkie straszne liny czyli takielunek oraz nauczyć się stawiać każdy żagiel sprawnie i szybko. Wiedzę tę przyswajałem topornie i długo, ale pełen optymizmu z każdym dniem działałem coraz sprawniej. 

 Fascynowało mnie to, że na morzu, każdy nieustannie coś robi: np. sprząta pod pokładem, w tym myje toalety, przygotowuje posiłki, stawia żagle, pracuje z mapą, szoruje pokład albo najlepiej-śpi. Tak, to ostatnie każdy umiał i to w każdym miejscu i o każdej porze. Rytm dnia z długim pełnowymiarowym snem został brutalnie wyrzucony za burtę. Kolega z mojej wachty potrafił usnąć nawet za sterem, a ja po nocnej wachcie, spałem na obiedzie. Nie przypuszczałem, że początki będą aż tak trudne.

Teraz czas najwyższy napisać, jak to było z tą chorobą morską. Bo skąd się to bierze? Tłumacząc łopatologicznie-spowodowane jest ono ciągłym bujaniem statku. Pierwszego dnia płynęliśmy na silniku po spokojnych oswojonych falach. Mimo to już zaczęły się objawy u niektórych osób czyli zawroty głowy i wymioty. Drugiego dnia grzbiety fal obudził północno-zachodni wiatr w Zatoce Lwiej. To już było bujanie. Z małymi wyjątkami chorowali wszyscy mniej bądź bardziej. Mnie na szczęście zawroty odpuściły chociaż również czułem się nie najlepiej. Jako ciekawostkę dodam, że rekordzistka przeleżała na pokładzie pół doby, nie jedząc nic konkretnego. W punkcie kulminacyjnym choroby kapitan nie mógł wyjść za mostek, gdyż pokład był wyściełany umierającymi marynarzami. Dobiliśmy do Majorki. Po zrzuceniu trapu byłem świadkiem ciekawej sceny. Porównałbym ją do ucieczki szczurów z tonącego statku. Tak bardzo tęskniliśmy za lądem. Spędziliśmy tu wspaniałe dwa dni zwiedzając tę piękną wyspę, poznając jej słynne serpentyny górskie, a także odwiedzając miasteczko Valdemossa. Klimat wyspy i jej subtelny spokój był urzekający. Nie chcieliśmy wracać. Jednak przygoda wzywała.  
W tym akapicie spróbuje opisać dzień na statku. Rozpoczynał się brutalną pobudką, pośpiesznym śniadaniem oraz apelem. Zbieraliśmy się wtedy na rufie, podnosiliśmy banderę i omawialiśmy nasze problemy i sprawy bieżące. Kapitan natomiast o topografii miejsca, w którym się znajdowaliśmy oraz planach podróży na najbliższe dni. Następnie wracaliśmy do naszych obowiązków, którymi były prace bosmańskie, wachta nawigacyjna, gospodarcza i sen, oczywiście. Działaliśmy według czterodniowego harmonogramu zajęć, którymi były wachty. Na gospodarczej sprzątaliśmy cały statek oraz przygotowywaliśmy posiłki przez cały dzień. W czasie bosmańskiej, bosman Henio znajdował nam bardzo ciekawe zajęcia, między innymi szorowanie pokładu, zabawy na rejach, stawianie żagli i inne prace pokładowe. Na wachcie nawigacyjnej przez cztery godziny staliśmy za sterem, obserwowaliśmy morze, a także kreśliliśmy mapy. Za dnia bardzo je lubiłem, jednak statkiem trzeba kierować również o pierwszej w nocy. Wtedy pasja i dobry humor zastępowało zmęczenie, a na północnych wodach dokuczały również sztormy i niskie temperatury. O dziewiątej zaczynaliśmy lekcje, które trwały do obiadu czyli do trzynastej trzydzieści. Lekcje czasem trudno było przeprowadzić np. w sztormowych warunkach, ale o tym za chwilę. Żadnej sjesty poobiedniej - od razu wracaliśmy do swoich obowiązków. Po kolacji wymieniały się tylko wachty nawigacyjne. Te nocne dłużyły się niemiłosiernie, zdawało mi się, że trwają miesiącami. Ale i tak miło je wspominam. 

  Kolejnym portem był Gibraltar ze wspaniałą niezdobytą skałą na horyzoncie. Zwiedzaliśmy te urocze państewko. Czułem się w nim jak w miniaturowej Anglii z tą różnicą, że było gorąco i palmy wszędzie rzucały cienie. Odwiedziliśmy szczyt tejże góry i dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy o tym miejscu. Atrakcję numer jeden pełniły tu małpy. Słynne gibraltarskie złodziejki kanapek i aparatów. Mnie na szczęście oszczędziły. Po powrocie na statek mieliśmy czas wolny, więc poszliśmy się delektować lodami i kawą w lokalnych kawiarniach. Niedługo po przepłynięciu przez cieśninę przybyliśmy do brzegów słoneczniej Portugalii, do miejscowości Cascais. Wybraliśmy się na plażę, by odpocząć i zabrać do Polski trochę słońca. Kolejnego dnia pojechaliśmy pociągiem do Lizbony. Zadziwiła mnie swoją monumentalnością, wspaniałymi bulwarami, pomnikami i fontannami. Zwiedziliśmy miasto na tyle, na ile czas nam pozwalał. I znowu powrót na statek. Tak pożegnałem się z Półwyspem Iberyjskim.

Kilka mil od brzegu, kapitan poinformował nas na porannym apelu, że czeka nas przeprawa przez Zatokę Biskajską. Słynne biskajskie sztormy już się do nas uśmiechały - my wręcz przeciwnie. To już nie morze - to ocean. Fale były tu leniwe i o wiele większe. W oddali zauważyliśmy wieloryby. Buchały kaskadami wody w górę i świeciły swymi ogonami nawet z daleka. Piękny widok. Równie piękny jak towarzystwo delfinów. 

Pogoda zaczęła się gniewać i pogarszać z godziny na godzinę. Około dwudziestej wiatr osiągnął 37 węzłów. Osiem w skali Beauforta. To już był sztorm. Na pokładzie została tylko moja wachta wraz z oficerem. Zakaz wychodzenia na pokład. Fale czesały swymi grzbietami naszą biedną "Pogorię", lecz ona dzielnie to znosiła. Słona woda bez najmniejszego problemu przelewała się przez pokład. Gdyby nie pasy ratunkowe, którymi byliśmy przypięci do stanowisk już dawno pływalibyśmy za burtą. Spojrzałem na żagle rejowe i usłyszałem głuchy trzask niczym grzmot pioruna. To stalowa lina rejowa pękła i porwała marsel dolny, a foksztaksel rozdarł wiatr. Straciliśmy dwa żagle. Natychmiast obudzono załogę stałą i zabezpieczono dwa zniszczone żagle. Pomogłem przy zrzuceniu foksztaksla na samym dziobie. Statek tutaj był tak szturmowany przez fale, że czułem się jak w spadającej windzie, która co chwilę się włącza i znów powoli jedzie w górę. Po udanej akcji mokrzy i zziębnięci poszliśmy się ogrzać. Następnie stanąłem za sterem, a statek bez przerwy schodził z kursu. Wątpiłem czy obecność sternika cokolwiek zmieni. Morze wzburzyło się wtedy do 44 węzłów! Na szczęście nie spotkała nas już żadna niespodzianka, tylko głuchy ryk wiatru. Stan sześciu stopni w skali Beauforta trwał jeszcze przez 3 dni. Miałem wtedy wachtę gospodarczą. Doszedłem do wniosku, że sportem ekstremalnym nie jest klarowanie żagli, lecz próba przygotowania posiłku w kambuzie. Naczynia latały jak szalone, co chwila ktoś tracił równowagę, tu rozlane, fasola rozsypana, nagle wszyscy biali w mące. Co ciekawe każdy się śmiał i żartował. Atmosfera była wesoła. Jedynie kucharz kręcił nosem. Zresztą też pewnie bym się wkurzał, gdyby zupa szczawiowa, z którą walczyłem cały ranek zdobiła ściany i połowę sufitu. Po kilku dniach wody ucichły, a my płynęliśmy jak dżentelmeni z wiatrem od rufy w stronę północnej Francji. Wpłynęliśmy do kolejnego portu. 

 Cherbourg to duże miasto portowe, przypominało mi Niceę. Pogoda była paskudna - pochmurno i zimno. Niestety, umiejętnie psuła nam wycieczkę po tym mieście. Bez urazy dla budowniczych tejże lokacji, ale nie spodobało nam się tu. Dlatego popłynęliśmy dalej. Podróż miała już się skończyć w Bremerhaven, ale wiatr znowu się zmienił. Zacumowaliśmy więc w Helgolandzie. Tu już było ciekawie. Mała niemiecka wysepka, zbudowana w holenderskim stylu, mnóstwo mew i ciemnoczerwone skały. Wycieczka po brzegach wyspy minęła przyjemnie. Nie ma tam drzew, ponieważ szaleje dobrze nam znany silny wiatr. Sympatyczne, spokojne miejsce. Niedługo potem wpłynęliśmy do Bremerhaven, celu naszej podróży. Przygotowaliśmy statek dla nowej załogi. Pożegnaliśmy "Pogorię" i oficerów, bosmana, kapitana i ruszyliśmy w drogę powrotną do Polski. Przywitaliśmy się z rodzinami, a na naszych twarzach gościły łzy tęsknoty za przygodą. Rejs dobiegł końca. 

Ta morska inicjacja nauczyła mnie samodyscypliny, punktualności, odpowiedzialności i walki z przeciwnościami losu. Na początku rejsu bosman powiedział zdanie, które dobrze zapamiętałem: "Akwarium, w którym żyjecie zostało rozbite, czas zacząć żyć w realnym świecie". Zgadza się, przygoda tu była zderzeniem z rzeczywistością dla niektórych bardziej gwałtownym, dla innych mniej. Do końca życia będę wspominał wieloryby, delfiny, dwa morza i ocean, wspinaczkę na reję, biskajskie sztormy i chorobę morską. Dla mnie była to nie szkoła pod żaglami, lecz szkoła życia. Kiedyś na pewno tam wrócę. Jeśli zapamiętam takielunek...
©2017 Katolicka Szkoła pod Żaglami
Stowarzyszenie "Wypłyń na głębię" - KRS 0000496711